poczta@tacohemingway.com
koncerty@tacohemingway.com


poczta@tacohemingway.com
koncerty@tacohemingway.com
strona główna
Trójkąt warszawski jest najprościej rzecz ujmując fabularną rap płytą.
Opowiada o trzech bohaterach krążących po mieście szukając się nawzajem, uciekając od siebie.

Słowa kluczowe:
złamane serca, Warszawa, alkohol, papierosy, kalafiory, PZPN.

Miłego dnia.
strona główna

To miasto pachnie jak szlugi i kalafiory.
x2

Refren:
To miasto pachnie jak szlugi i kalafiory.
Dzieciaki krążą po mieście, by zgubić swoje upiory.
To miasto pachnie jak mięso smażone w piekle.
Czterdziestoletni przechodnie wciąż węszą i patrzą wściekle.
To miasto pachnie jak szlugi i kalafiory.
Dzieciaki tankują wódę by upić swoje upiory.
Panie władzo, ja tu tylko tańczę.
Panie władzo, to są tylko tańce.
Moje płuca znów dygoczą i wirują walcem.
Mleko, miód w tej krainie, która zwykle płynie dymem i smalcem.
Panie władzo.

Zwrotka:
Miasto betonu i pogubionych telefonów.
Idę ścieżką usłaną szklanym szronem iPhone’ów.
Znowu jej nie ma, więc kroczę do domu.
Kroczę tu sam, więc wygadam się tobie, bo w sumie nie wiem komu.
Palę mentole fajki.
Zieleń paczki tej podkreśla moje zielone najki.
Wszystkie plotki zwykłem wkładać między pieprzone bajki.
Ale teraz wiem już czemu on ci daje te lajki.
Słuchaczu.
Poznaj Piotra, mnie i mą eks.
Piotrek to dla wielu kobiet jest łakomy kąsek.
I mnie cała sytuacja wpędza w ostry kompleks.
Jestem prawie pewien, że ten Łotr uprawiał z nią…
I stąd tekst, śledzę ich tak od trzech,
może czterech tygodni no i szkicuje konspekt.
Co za pech, Piotrek ma też całe stado gąsek.
Idź do Piotra i zapytaj Monogamia? ‘No thanks’.

To miasto pachnie jak szlugi i kalafiory.
x2

Refren:
To miasto pachnie jak szlugi i kalafiory.
Dzieciaki krążą po mieście, by zgubić swoje upiory.
To miasto pachnie jak mięso smażony w piekle.
Czterdziestoletni przechodnie wciąż węszą i patrzą wściekle.
To miasto pachnie jak szlugi i kalafiory.
Dzieciaki tankują wódę by upić swoje upiory.
Panie władzo, ja tu tylko tańczę.
Panie władzo, to są tylko tańce.

Zwrotka 1:
Wbijam tam z grubej rury. Upijam się, mówię bzdury
i zaraz dostanę mandat, bo warczy ten kundel bury.
Funkcjonariusza widzę, co łypie ze suczej fury,
bo widział jak tańczę w kroplach deszczyku z tej rudej chmury.
Drga mi grdyka. Nie słyszę, bo gra muzyka.
Te dziewki ciagną te kreski (nie wspomną o Mazowieckim)
Me serce znów za mna tęskni, bo znowu te lufy łykam
i całe od kul dziurawe i jak Rambo kuśtyka.
(W tym mieście) nikt już nie tańczy.
(W tym mieście) tango to frykas.
Panowie owocowi chcą bananem mango dotykać.
Gardło nam usycha po narkotykach.
Każdy się z czartem i niefartem i ze szklanką boryka
Biały proch ci leci na czarne szpilki.
Pewnie wciągasz biel, jak kiedyś wciągałaś Big Milki.
Jestem tu. Powiedzieli mi, że wyszłaś o pierwszej
a twoje usta się błyszczały jak lipcowe czereśnie.

Refren:
Ciebie znowu nie było.
Gdybyś nie istaniała, miastu by wygodniej się żyło.
Jestem tu. Byłem tam. Zresztą w sumie, kto nie był?
Jest tu cała WWA. Z wyjątkiem ciebie.
Jestem tu. Byłem tam. Poszłaś z koleżankami
na tych nogach, które ja nazywam karabinami.
No to marsz, marsz.
Marsz, marsz, marsz.

Zwrotka 2:
Szukam cię po szot-barach.
Z dziewczynami wyglądacie jakbyście były na Oscarach.
Ja i koledzy oświadczymy wam się od zaraz.
Choć stanowimy pewnie jakąś bandę ciot dla was.
Wiążesz włosy w cebulę
i pewnie świat cię denerwuje jak Alutka Jędrulę.
Pewnie cię bolą oskrzela, a teraz dymem je czule
opatuliłaś i zamawiasz sobie wódkę z Redbulem.
Latacie po mieście jak Bójka, Bajka, Brawórka.
Dźwigając swoje atrybuty: wóda, szampan, bibułka.
Dzika jak pustynne kresy, stepy, tajga i dżungla.
A twoje rzęsy wobec mężczyzn są jak łańcuch dla kundla.
Szukasz zapalniczki, ja bym dał ci ogień
i nękał wzrokiem jak proboszcz, który gwałci bogiem.
No, mon dieu, wciąż kochasz mnie, ja w to nie wątpię.
Chociaż w zeszły piątek przecież poszłaś za tamtym Piotrkiem?

Refren:
Ciebie znowu nie było.
Gdybyś nie istaniała, miastu by wygodniej się żyło.
Jestem tu. Byłem tam. Zresztą w sumie, kto nie był?
Jest tu cała WWA. Z wyjątkiem ciebie.
Jestem tu. Byłem tam. Poszłaś z koleżankami
na tych nogach, które ja nazywam karabinami.
No to marsz, marsz.
Marsz, marsz, marsz.
x

Lubisz muskulaturę.
Gestykulujesz, jakbyś znów zdawała ustna maturę.
Gdy ciebie widzę momentalnie zamiast mózgu mam dziurę.
Chce z tobą chadzać po knajpach, zamawiać kus-kus na spółę.
Potem w nocy się kochać i rano zamawiać pizzę.
Bo jestes fajna i dobra, tylko że w złym towarzystwie.
Wolicie koksować w loftach. My raczej browar przy Wiśle.
Może cię pojmam i koszmar ci zrobię, żeby się przyśnić?
Okej, za daleko.
Ale chyba się zatrułem znów nóżkami z galaretą.
Jutro będzie masa ibupromów, potem kawa, mleko,
ale póki mogę się na nogi dzisiaj stawiam setą.
Gorzka ruda chmura znowu kropi.
Zastanawiam się robisz i gdzie teraz stawiasz kroki.
I dlaczego mi nie odpisujesz, kurwa, błagam odpisz.
Nagle jesteś, rzucam setką gdzie popadnie, bo nie zdążę jej dopić.
No, i.
Butla się tłucze o chodnik.
Idzie jakaś para do taksówki, chyba to Grosik.
A ty się drąc w niebogłosy do chłopaka podchodzisz
i krzyczysz coś, co sugeruje, że się znacie z przeszłości.
Ile minęło sekund? No, maks trzy.
On bierze tamtą drugą i ją rzuca do taksy.
To jest jest ten cały Piotr? Kurwa mać, jestem tak zły.
Rzuciłbym butem w ciebie gdyby to nie były air maxy.
Tragicznie zakochana...
Pocieszyłbym cię ale muszę iść do domu żeby chlać do rana.
Nie chodzi o to że kochasz w jakichś innych panach,
ale w tej szui, która miastu znana?
Dramat.

Zwrotka :
Wybrały się do klubu, z koleżankami z UW.
Wzięły po parę buchów i oczekują cudów.
Oczekiwały cudów, nie spodziewały się brudu.
Chciały przebojów, ale słyszą tylko łubu-dubu.
Niechaj nam żyje prezes, to znaczy DJ klubu,
Coś tam miksuje sobie i odczuwa wiele trudu.
A nasze koleżanki, piękne jak lalki Barbie
pod koniec tańców wyglądają jak laleczki voodoo.
Jeden Pan się wozi, jakby miał z osiem fiutów.
Raybany w klubie? Myśli chyba, że jest Bono z U2.
Ten biały kruk... Szybko przybadłaś mu do gustu.
Czerwona szminka, czarna szpilka, czerwień wina w mózgu
i chęć na biel. On jest fanem White Stripesów,
więc zaprasza do siebie, tu mało miejsca do tańców.
Czy iść się z panem bratać z dala od tego tłumu?
Pora na antrakt, chyba trzeba się zapytać chóru.

Refren:
Wszystko jedno, wszystko jedno.
Bierz go, jedz go, kiedy leży jak drewno.
Niechaj wejdzie wewnątrz, wpuść go wewnątrz.
Prosto w krew, serce i sedno, wszystko jedno, wszystko jedno.
Każdy król kiedyś upuści swoje berło.
Wszystko jedno, wszystko jedno.
Mury wokół twego serca legną.
Ja. Umrę dziś, a ty ze mną.

Zwrotka 2:
Leci za Księciem, raz dwa. Już czeka na nich taksa.
Napięcie ciągle wzrasta. Wsiada więc ta niewiasta.
Panience chce się klaskać. Mieszkanie w centrum miasta?
Dałaby się pochlastać, żeby tu spać.
Najpierw - narkotyki, potem - czar muzyki.
Butlę porto chwycił i jedną czwartą wypił.
Teraz jego nozdrza dyszą jak dwa czarne byki.
Najpierw były czułe słowa, potem koszmarne krzyki.
Czar się ziścił. Czar się ziśnił.
Ona jak sarna piszczy on tę sarnę zniszczy.
Sarny umysł się iskrzy, telefon krzyczy i piszczy
a nasz bohater głośno krzyknął a teraz milczy.
Skóra owcza, apetyt wilczy.
Rano zrzuci to na butle wina, a pił trzy.
Ona wychodzi, on dostrzega jakąś butlę rumu.
Czy pić coś jeszcze? Chyba musi iść zapytać chóru.

Refren:
Wszystko jedno, wszystko jedno.
Bierz to, chlej wciąż, potem legniesz jak drewno.
Otwórz tylko usta i zawartość wlewaj wewnątrz.
Prosto w krew, serce i sedno, wszystko jedno.
Każdy król kiedyś upuści swoje berło.
Wszystko jedno, wszystko jedno.
Mury wokół twego serca legną.
Ja. Umrę dziś, a ty ze mną.

Zwrotka 3:
Piękny warszawski piątek. Pełen przekąsek, zakąsek
i ludzi którzy gubią wątek.
Leje się alkohol a w lokalu dzisiaj komplet.
Nasza bohaterka wodzi za kimś wzrokiem.
Szuka Księcia.
Gwoli rymu damy mu na imię Piotrek.
Pisała siedem dni, teraz się boi, że ten Piotr pękł.
A dla niej On to filet mignon.
W tym kraju, w którym każdy chłopiec jest jak mielony kotlet.
Dla niej On to mniej więcej Jude Law.
W tym kraju w którym każdy chłopiec to jest jełop i oblech.
Widzi gdzieś go w tle, więc łapie oddech.
On chyba też ją zauważył, lecz zachował się podle.
Zabrakło papierosów. Doszła do wniosku,
żeby zagadać dżentelmenów niemówiących po polsku.
Wraca wtem do środku, widzi, że jakaś trzpiotka
zagaduje jej Piotrka, kurwa mać.
Z tylu osób zagaduje jej chłopca?Jebany rekord.
Buzia jak Brodka i do dwunastego żebra dekolt.
Nosi rury i szpilki, on kupuje jej drinki
i wertuje klucze w płaszczu, robiąc głośny klekot.
Usta tamtej uchylone a jej wzrok prosi
o jego wnętrzonści, bierze oddech i się pierś wznosi.
Widzi to Piotrek i zamawia Taxi Grosik.
Myśląc jeszcze jakim trunkiem koleżankę ugości.

Refren:
Wszystko jedno, wszystko jedno.
Bierz to, chlej wciąż, potem legniesz jak drewno.
Otwórz tylko usta i zawartość wlewaj wewnątrz.
Prosto w krew, serce i sedno, wszystko jedno.
Każdy król kiedyś upuści swoje berło.
Wszystko jedno, wszystko jedno.
Mury wokół twego serca legną.
Ja. Umrę dziś, a ty ze mną.

Zwrotka 4:
Naszej bohaterce chce się płakać.
I jeść Maka. Jest blisko Skarpy, pójdzie skakać.
Przecież też ma ładne ciało, śliczny brzuch i cycki
Ale rzeczywiście tamta ma te długie łydki.
Naszej bohaterce się łamało serce nieraz.
Ale to, co widzi teraz ją zabija niemal.
Oto przechodzą obok niej, panie panowie, co za scena!
Piotrek kiwnął głową i powiedział: “O, siema!”
‘Kurwa mać. O, siema? Panie Bohema?
Prezerwatywy, ooo-nie-mam!
Panie szybko orgazm, uważaj, bo strzelam.
Panie puszczam Jacka White gdy dziewczynę rozbieram?’
Nagle cichnie muzyka, Piotrek ślinę przełyka.
W jego głowie wielce szybka matematyka.
Uśmiechając się pięknie łapie tamtą za rękę.
Kilka kroków w przód i wsiadają do Grosika.

Zwrotka 1:
Najpierw znika poczucie rytmu.
Ale myślę: “cóż, może będzie jakiś zysk tu.
Potem myślę: “Chrystus, dlaczego muszę być tu”,
ale trzecia tequila zabija poczucie wstydu.
Wszystkim parkiet zbrzydł już, ja nie muszę kryć już,
że alkohol tańczy ze mną walczyk po walczyku.
Najpierw tańczy tango, potem coś inspirowane sambą.
Wiruję w dół Karową, by wrócić na górę Tamką
Przyglądam się nastolatkom. Kiedyś wychodziły rzadko.
Teraz wpadły w miasta bagno i kłamią wciąż swoim matkom.
Nagie nogi w szpilkach, ciekawe co na to tatko.
Przechodzę na czerwonym, będzie mandat. Kozacko.
Rano będzie słabo, teraz sram na to.
Prawda jest taka, że nie wychodziłem tak dawno...
Wracam na Krakowskie i upadam, już sam nie wiem na co.
Słyszę tylko śmiech tych dziewczyn głupich i grubych jak Grzegorz Lato.

Refren:
A obok w Zakąskach za barem się pląsa Pan Roman i wtrąca w rozmowy się./
A obok w Kamieniach, małżonków wciąż nie ma więc całują słomiane wdowy się/
A obok, tam w Bistro, miłości na szybko się wiążą i milkną gdy nowy dzień./
Trójkąt warszawski. Trójkąt warszawski.

Zwrotka 2:
Dostać w pysk w Subway’u na Świętokrzyskiej.
W Warszawie trzeba być atletą to przede wszystkim.
Rozmowy z tym bramkarzem kotletem spełzły na niczym.
Na Karową już nie wrócę dziś. Co za policzek.
Wychodzę na ulicę i schodzę znów na Powiśle.
I brodzę po krętej drodze, telefon mi głośno piszczy.
Cierpliwość tracę i zdrowie, bo znowu ta ruda pisze.
A kiedy znowu mnie dorwie, znów udam że jej nie słyszę.
Idę prosto przed siebie i mijam BUW.
Mój telefon na mnie krzyczy, ja widzę że pisze znów.
(Chyba). Złapię taksówkę. Wydałem już kilka stów.
(Z trzysta). Wciąż idę dalej i czuję już Wisły brud.
Szlugi, mocz, wóda i pot. To dziwny smród.
A po drugiej stronie Wisły grasuje już inny lud.
Istny cud, my tu fit, jogurty i pitny miód.
A tam nikt nie oszukuję się wcale i tli się szlug.
Warszawa. Rozdarta grubą kreską.
Zamykam drzwi taksówki. Proszę na Mazowiecką.
Taksówkarz ględzi mi, że los ma kiepski.
Ale ja słyszę śmiech tych głupich i grubych jak Tomaszewski./

Refren:
A obok w Zakąskach za barem się pląsa Pan Roman i wtrąca w rozmowy się./
A obok w Kamieniach, małżonków wciąż nie ma więc całują słomiane wdowy się/
A obok, tam w Bistro, miłości na szybko się wiążą i milkną gdy nowy dzień./
Trójkąt warszawski. Trójkąt warszawski.

Zwrotka 3:
Trójkąt warszawski. Trójkąt bermudzki.
Dziewczyny idą tyłem a przed nimi idą sutki.
Chłopcy zapominają o tym, że ich żywot krótki jest.
Ernest miał rację. Zdejmij rurki. Wpierw
Napij się wódki. Cztery złote od lufki.
Nie dzwoń do przyjaciółki. Nie pomoże ci już dziś.
To jest dorosłość, chciałaś jej od podstawówki, co?
Wolę Zozole. Olej to i mnie puknij, no chodź.
Mieszka tuż obok więc pójdę na Kredytową z nią.
Jakiś typ się na nas gapi, ma dość wrogi wzrok.
Chciałbym chwilę pomilczeć, ona ma słowotok.
Tamta dziewczyna ciągle piszę, Chryste, po co to?
Jestem Piotr, ale mówią na mnie Łotr./
Dosyć długo mam ten alias, ale nie wiem w sumie skąd.
(Znajdziesz go) wszędzie gdzie zapach perfum i szlugów swąd,
a w dziewczęcych sercach wciąż gasły światła i psuł się prąd.
(Fajnie co?)
To mój rozumowania tok. Do you wanna fuck?
Nie mowię tego na głos, bo to zbyt radykalny krok.
‘Możesz wejść na chwilę, ale na nic nie licz.’
A ja zamierzam się zasiedzieć jak Michał Listkiewicz./

PZPN. PZPN. Jebać, jebać PZPN.
x2

Refren:
A obok w Zakąskach za barem się pląsa Pan Roman i wtrąca w rozmowy się./
A obok w Kamieniach, małżonków wciąż nie ma więc całują słomiane wdowy się/
A obok, tam w Bistro, miłości na szybko się wiążą i milkną gdy nowy dzień./
Trójkąt warszawski. Trójkąt warszawski.

Maszerowałem, żeby wiedzieć gdzie ty dzisiaj jesteś.
Czy w Powiększeniu, czy w Patio czy w 1500.
Zwiedziłem Plan B i Barkę i z tysiąc więcej
tych miejsc i zwiedzę drugi tysiąc nim sie zniechęcę.
Tylko jedno spotkanie a potem mogę umierać.
Więc latam w te i wewte jak ten pierdolony bumerang.
Byłem we wszystkich Kebab Kingach no i Bobby Burgerach.
Pytałem taksówkarzy dokąd młodych wozi się teraz.
Wsiadam w taksówkę, płynę z kierowcą w dymie.
Palimy szlugi. Wysiadam przy Nowej Jerozolimie.
Gapią się ludzie jak Muminki kiedy Buka w Dolinie.
W kieszeni ruda Mała Mi, usta czarne po winie.
Opuszki twarde jak łuski. Byłem w Syrenim Śpiewie
i na Powiślu wśród grafitti o Wiśle no i Widzewie,
o Lechu no i o Lechii, Cracovii, PZPNie.
Mam wrażenie że od roku jestem wiecznie w terenie.
Wracam na Mazowiecką. Widzę jego chyba.
Tak to on. Tak to on. Tak, tak, to on. Ten warszawski łotr.
Twój lowelas. Rusza się jak gruba ryba.
Z bratobójczo zagryzonym śledziem w gardle wóda pływa.
Stoi z jakąś inną dupą która wódę mu nabywa.
Idą w stronę Kredytowej, tam się trop urywa.
I w sumie nie obchodzi mnie nic.
I w sumie raczej dosyc chce mi się pić.
Panie Kierowco, proszę wieźć na Zbawix,
bo w sumie raczej nie zaszkodzi tam iść.
Zwłaszcza że zaczął padać nam deszcz.
Widzę na Insta, że ty też jesteś gdzieś.
Myślałaś głupia że uciekniesz mi, lecz...
Komu jak komu, mi nie mówi się ‘precz’.
Powiem ci jak zrobimy, daje ci ostatnią szansę.
Zdzwonimy się i przyjdź do Planu albo koniec tych tańców.
Kurwa mać.

Siedzę dwie godziny w Planie B sam.
Miałaś już być moją żoną, ale dalej bez zmian.
Trzy godziny w Planie B sam.
Miałaś już być moją żoną, ale dalej bez zmian.

Zwrotka 1:
Życie to stek bzdur. Z tymże ja poproszę krwisty.
Nie odbierasz telefonu, więc wysyłam listy.
Już przestało padać i na miasto pełzną glizdy.
Pewnie wszystkie też na randkę z tobą. Co za pizdy.
Moje kiedyś zdrowe płuca produkują gwizdy.
Klekotanie, szumy, świsty. Piłem gin przed wizytą internisty.
Ciągle mowię mu o płucach, ale on mnie nie chcę słuchać
Mówi: “sukinsynu, idź z tym”.
Zdrowy mózg stale produkuje złe sny.
A wspomnienia gonią mnie jak ta linijka z “Beksy:.
Dałem ci unikatowe rzeczy jak te Peweksy,
ale ty mówisz o mnie teraz per “eks-typ”.
Nie mam ciebie, nie mam ciebie, tylko teksty.
Które w mym notesie ciągle gryzą się jak wściekłe psy.
Od szaleństwa ciut-ciut, w mózgu chłód i brud.
A serce trzęsie się jak epileptyk.

Refren:
Tyle godzin w Planie B sam.
Miałaś już być moją żoną, ale dalej bez zmian.
Życie to:
Bieg przez kosmos. Trochę łez, czasem rozkosz.
Potem: lepka pajęczyna w pustym portfelu.
Życie to:
Bieg z flagami między barykadami,
podczas gdy śmierć goni i krzyczy: “Stać, obywatelu!”.
Proszę otworzyć neseser. Proszę nam podać swój PESEL.
Proszę nie martwić się światem i pańskim własnym jestestwem.
Proszę pamiętać: nie ma duszy, pan po prostu jest mięsem.
Proszę nam podać swój PESEL.

Zwrotka 2:
Wszyscy szczęśliwi ludzie: proszę przestać mnie wkurwiać,
bo wszystkim szczęśliwym ludziom planuje dzisiaj coś urwać.
I wszystkie te ząbki śliczne chodniczkiem się będą turlać,
jak ciągle mi tak będziecie tu świecić nimi, no kurwa mać.
To nie komedia. Antygona ma wzór wam dać.
Tutaj ma być tragedia. Obok antyczny chór ma stać.
Proszę, idźcie się zabić, poważnie, sam mogę sznur wam dać,
albo jakiś karabin, lecz idźcie wy wszyscy w trumnach spać.
Ja nie sypiam. Łykam energetyki,
widzi pan, no jak mam sypiać, gdy wszędzie przeklęte krzyki?
Słyszę imprezowiczów rozmowy i lepkie rzygi
i jeszcze mi skrzypek gra coś pod oknem, choć nieźle skrzypi...
Poza tym czekam. Czekam na jej telefon.
W płucach wiruje tytoń a w żyłach pływa żelbeton.
I znów mi ucieka życie, ja znowu gonię peleton,
lecz życie jest coraz szybsze i czmycha z moją kobietą.
Olej sypianie, spanie zostaw szkieletom.
Czekam na ciebie w Planie B. Będę tu czekał wieczność.
Piszę, a ty ani me ani be, zrozum ranisz i hańbisz mnie.
Przecież właśnie widziałem, na mieście bawisz się? Zabij się.
Ciągle czekam. Plac Zbawiciela, chodź zbawić mnie.
Nie będę gryzł ani strzelał, chodź ze mną napić się.
Przecież widzę, że widzisz co ci tu piszę,
więc jutro spiszę to wszystko i wszystko to upublicznię.

Refren:
Tyle godzin w Planie B sam.
Miałaś już być moją żoną, ale dalej bez zmian.
Życie to:
Bieg przez kosmos. Trochę łez, czasem rozkosz.
Potem: lepka pajęczyna w pustym portfelu.
Życie to:
Bieg z flagami między barykadami,
podczas gdy śmierć goni i krzyczy: “Stać, obywatelu!”.
Proszę otworzyć neseser. Proszę nam podać swój PESEL.
Proszę nie martwić się światem i pańskim własnym jestestwem.
Proszę pamiętać: nie ma duszy, pan po prostu jest mięsem.
Proszę nam podać swój PESEL.

Życie to:
Bieg przez kosmos. Trochę łez, czasem rozkosz.
Potem: lepka pajęczyna w pustym portfelu.
Życie to:
Bieg z flagami między barykadami,
podczas gdy śmierć goni i krzyczy: “Stać, obywatelu!”.
Proszę otworzyć neseser. Proszę nam podać swój PESEL.
Proszę nie martwić się światem i pańskim własnym jestestwem.
Proszę pamiętać: nie ma duszy, pan po prostu jest mięsem.
Proszę nam podać swój PESEL.

Zwrotka 1:
900729, tak zaczyna się mój PESEL.
Znowu wąsy mam jak PSL; skórę, kurtkę i sweter
a w płucach hula mi przester, w ręku dzierżę neseser
z mikrofonem. Będę pluł wersem, dajcie żyć jak laissez faire.
Myśli stukają o kości jak stuka Rumak o werbel.
Wchodzę na wyżyny zuchwały jak dwulatek na mebel.
A te hieny znów szczekały zamiast wejść na mój szczebel.
Zamiast się jąkać Joachim, lepiej wejdź na mój le-lewel.
Mnożę te pieśni, mejoza mitoza, i wrzeszczę jak jakiś ogromny dinozaur.
A kiedy odejdę to ma być żałoba, bo ja i mikrofon: tupolew i brzoza.
Żenię się z miastem i wnoszę swój posag. Duszę Biggiego i Cześka Miłosza.
Wszystko co robić chce w życiu to wiersze, lecz poci się serce, wylewa się proza.
Pluję pasją, ty tej pasji nie czujesz
i zachowujesz się jak nie ty i ta maska cię psuje.
Me płuca lassem są skute, znowu ta astma mnie kłuje.
Ja i me płuca cię kochamy a ty nas zaniedbujesz.

Refren:
No a pamiętasz….
Jak mówiłaś że mnie kochasz? x3
Ten sen porasta płuca jak mech.
Id, ego, superego, 0.7 na trzech.
A pamiętasz?
Jak mówiłaś że mnie kochasz? x3
Lawina myśli leci na brew.
Id, ego, superego, 0.7 na trzech.
Co za pech.

Zwrotka 2:
Dzwonię do ciebie tak o czwartej nad ranem.
Na dworze zimowe deszcze wiec jestem raczej zalany.
Chce cię całować i wybadać twoją czaszke i gały.
I nie przestawać tak do wiosny, wybacz, takie mam plany.
Siedem miliardów ludzi w świecie, chyba same barany
i ja, baranek boży, może możesz gładzić me rany?
Musisz mnie sklejać wciąż na nowo, jestem stale porwany.
Ty jesteś snem, wokół koszmary, jestem stale zaspany.
Odpisz, bo będę tu płakał do rana. Pojawiam sie znikąd jak fatamorgana.
Kontrola nad światem jest gwarantowana, więc ty bedziesz Michelle, ja Barack Obama.
Byłaś mi taka kochana. Dramat. Teraz sie urwał nam kontakt.
Wiec chodzę pijany po mieście i ledwo sie mieszczę w nim, ciągle się krzątam.
Ciagle sie plączę, kiedyś pójdę na spowiedź.
Ciagle wypluwam gardłem lawę, twoje serce lodowiec.
Chyba podniosłaś słuchawkę, słyszę twój wdech! Weź coś powiedz.
Mówisz: “spierdalaj”.
Idę dalej z ciężkim łbem jak zomowiec.

Refren:
No a pamiętasz….
Jak mówiłaś że mnie kochasz? x3
Ten sen porasta płuca jak mech.
Id, ego, superego, 0.7 na trzech.
A pamiętasz?
Jak mówiłaś że mnie kochasz? x3
Lawina myśli leci na brew.
Id, ego, superego, 0.7 na trzech.
Co za pech.

Zwrotka 3:
Moi znajomi robią biznes a ja wciąż jestem nikim.
Cywilizują się nagminnie, a ja wciąż jestem dziki.
Do szafy schowali vansy, powoli noszą trzewiki
i poważnieją, nazywają nagle ‘moczem’ swe siki.
Biegam po mieście i cię ścigam bez przerwy.
Biegam jak kurczak bez głowy, albo jak piłkarz z rezerwy.
Boję się, że cię zobaczę, więc topię w drinkach te nerwy.
Nerwy ze stali mam. Choć chyba nie tej nierdzewnej.
Szedłem za tobą i widziałęm mnóstwo.
(Na przykład) jak znikasz z nim tanią taksówką.
(Na przykład) jak idziesz jak prawdziwe bóstwo a krok twój wyraźnie huśtany jest wódką.
Widziałem też jego. Kroczył po mieście. Wyglądał obleśnie polując na niebo.
Leżał na glebie i śpiewał. O PZPNie i miejscach połkniętych przez przeszłość.
Widziałem złamane serce. Widziałem biegnące nogi.
Ja ty i Piotr… Ten warszawski tercet. Ja i mój weltschmerz, nie wiem co robić.
Ta twoja czarna sukienka. Twarz zakopana w twych rękach.
Na twarzy make-up i męka. Piszę te słowa i serce mi pęka.
Twarz taka piękna, że klękam.
A, w mojej głowie piosenka. Idę do studia, pieśni mnie wabią.
Opiszę trójkąt warszawski, ja i ty, ty i ja i ten zakapior.
Opiszę brud i luksus, pieniądz wydany na wódę i kawior.
Wchodzę do studia… Ostatni wdech.

To miasto wciąż pachnie jak szlug i kalafior.